Pracowa i kwiatkowa frustracja
Dopiero co narzekałam na okropne zimy od paru lat i chyba tym postem przywołałam jakieś mroczne moce, które sprowadziły zimowy armagedon nad Polskę. Przeczytałam śmieszkowe komentarze, że zaczęło się robić w naszym kraju chłodniej jak tylko zaczęliśmy przytwierdzać korki, więc może to jednak miało sens. 😁
Ostatnie 2 tygodnie dały mi mocno w kość, a współpracownicy irytowali mnie jak nigdy. Naprawdę wykręca mi jelita z zazdrości o ludzi, którzy mają własny pokój w pracy albo chociaż współpracowników takich, którzy mają trochę wyczucia, żeby im nie przeszkadzać. Rozmawiasz z kimś przez telefon? Pozostałe 5 osób, które akurat przesiadują w tym pokoju, w którym pracujesz, niespecjalnie to obchodzi. Mój szef jest w ogóle wybitny pod tym względem, bo widzi, że rozmawiasz przez telefon (służbowo!), a i tak do ciebie pochodzi i zaczyna ci coś mówić.
Starałam się też przyzwyczaić do tych działowych pogawędek o niczym, ale ostatecznie nigdy nie byłam tym najaktywniejszym członkiem rozmów. Jestem też introwertykiem, więc takie pogaduszki męczą mnie niczym ciężka praca umysłowa. Ale ostatnio każdy dzień słuchania wymiany zdań z kategorii "co zjadłam wczoraj/co zjem dzisiaj/co zjem jutro" albo "co kupiłam/co kupię" albo "co posprzątałam wczoraj i co posprzątam dzisiaj" doprowadza mnie do szału. Czasem wysuwam taki wniosek, że jedynym hobby kobiet w moim dziale to sprzątanie, gotowanie i robienie zakupów, EWENTUALNIE z doskoku jedne przeczytają książkę, inne obejrzą film. I nie mam od tego ucieczki, bo ten mój pracowniczy pokój jest też generalnie naszym miejscem spotkań.
W pracy dalej jest gorący okres, bo trwa zamykanie roku, więc po dzisiejszym powrocie do domu czuję się piekielnie śpiąca. Brak jasnego podziału obowiązków też jest dość irytujący i męczący, bo o ile oczywiste jest, że trzeba sobie pomagać, to jednak konieczność pilnowania nie tylko swoich rzeczy, ale też cudzych, dopominanie się, itd., to jest test nadludzkiej cierpliwości.
Jakby tego było mało, to nie dość, że umarła mi kolejna begonia, gdzie jak wcześniej chyba przesuszałam, tak teraz mi zgniła, ale wysunęłam przynajmniej wniosek, że prawdopodobnie mam za suche powietrze w pokoju, to mojej malutkiej aeonium arboreum 'Schwarzkopf' zaczęły opadać listki i nie do końca wiem czemu. Z mojej skromnej grupki 4 różnych sukulentów - Kalanchoe 'Pink Butterflies', Euphorbia stellata Wilczomlecz oraz Faucaria tigrina - to tylko ona ma ten problem.
Z beogniami nie chcę się łatwo poddać, bo mają mnóstwo pięknych odmian, ale już zaobserwowałam, że są strasznie kapryśne. Mam też philodendrona 'Black Cardinal', który super mi się przyjął i czuję z tego powodu ogromną ulgę, bo jest pewien piękny, ale drogi philodendron, o którym marzę Philodendron 'White Princess Tricolor'. Gdy pojawił się po długim czasie ponownie do kupienia to zniknął w parę godzin. Jeśli stracę cierpliwość, to ostatecznie zadowolę się zwykłym 'White Princess'.
Z pewnym dystansem podchodzę do słów, że roślina jest prosta dla początkującego i odporna na przesuszenie, bo peperomia caperata ‘Chocolate Ripple’ też mi padła i nie mam bladego pojęcia czemu, a miała mieć dobrą odporność i na mało światła i na mało wody. Spróbuję, gdy zrobi się cieplej, kupić kolejną sztukę.
Oczywiście mam więcej roślin na oku do domu, ale też zajarałam się na stworzenie "gotyckiego ogrodu" na podwórku - z ciemnymi czy czarnymi roślinami. Mam nadzieję, że za X lat będę się mogła tym pochwalić.
Komentarze
Prześlij komentarz