Filmowo-animowy tydzień: Dungeons & Dragons: Złodziejski honor, Shang-Chi, No game, no life, dwie Annabellki i Grand Blue

    Na start 2026 roku wyrobiłam 600% normy, jeśli chodzi o oglądanie filmów/seriali, bo zazwyczaj samej nie mam weny na tego typu teksty kultury i jeden film/anime w miesiącu to sukces. Ale Wybranek AKA Przyszły Mąż skutecznymi zachętami, czyli postawieniem mnie przed faktem dokonanym, gdy wyleguję się w łóżku, sprawia, że zaczynam sobie przypominać, że oglądanie filmów i anime może mi sprawiać radość.


    Obejrzeliśmy Annabelle z 2014 roku oraz Annabelle: Narodziny zła z 2017 roku w ramach naszego nadrabiania filmów z uniwersum Obecności. Nie trzeba przesadnie się rozpisywać, że to ta trylogia o tej absolutnie paskudnej lalce, a wiem co mówię, bo nawet miałam porcelanowe lalki i były zdecydowanie ładniejsze. Właściwie dość często zastanawiasz się podczas oglądania, dlaczego ktoś miałby coś takiego chcieć mieć u siebie w domu, szczególnie gdy wiesz, że oryginalna Annabelle wcale tak nie wyglądała. 

Annabelle jest oceniania dość słabo i trochę to rozumiem – budowanie akcji trwa dość długo, nie ma właściwie wielu straszaków, muzyka jest słaba, ale powiedzmy, że całość przyzwoicie się oglądało. Nie na tyle, żeby nie móc się już doczekać na ponowne obejrzenie, ale nie zostawi też jakiegoś wielkiego niesmaku. Ot, taki filmik do kawki i pączka z doskokiem na ubijanie kotleta. Bohaterowie jak to bohaterowie - nie czepiam się ich gry aktorskiej, relacja między nimi jest w porządku, nie są przesadnie irytujący, jednak jakoś bardzo smutno by mi nie było, gdyby umarli. Zero przywiązania. I gdyby nie to, że w normalnej Obecności pojawia się ta lalka, to w życiu bym nie pomyślała, że to film z tego samego uniwersum. Ocena: 4/10.

Annabelle: Narodziny zła jest zdecydowanie lepsza od poprzedniczki – szybciej przechodzimy do rzeczy, więcej straszaków, więcej krwi, lepsza fabuła, większe poczucie beznadziei i tego, że nikt nie wyjdzie z tego cało. Czułam zdecydowanie więcej napięcia i ciekawości niż przy części poprzedniej i byłam naprawdę bardzo zaskoczona na sam koniec. Ujęcia były też lepiej przemyślane i bardziej niepokojące. I zawsze w takich filmach podziwiam dziecięcych aktorów, którzy tutaj bardzo fajnie dla mnie zagrali. Ocena: 6/10. 



Obie Annabelle i  sama Obecność (dwie części obejrzane) moim zdaniem cierpią na ujęciach, które „subtelnie” pokazują, że gdzieś coś się zaraz wydarzy albo wydarzy za jakiś czas. Albo regularnie powtarzane sceny, gdy ktoś się ogląda za siebie i nic nie ma, odwraca się i albo stwór już tam jest albo postać musi się obrócić jeszcze raz. I też oczywiście ta seria choruje na powszechną zarazę w tym gatunku - głupota głównych bohaterów. Gdzieś straszy? Coś jest straszne? Coś się dzieje? Tak, właśnie tam trzeba zajrzeć, dotknąć, popatrzeć, a na pewno nie unikać i nie uciekać, gdy jeszcze można.  




Dungeons & Dragons: Złodziejski honor  z 2023 roku - słyszałam trochę o tym tytule jeszcze przed premierą, miałam go obejrzeć, ale jakoś nie miałam ochoty i to był mój błąd. Byłam pewna, że to będzie dość poważny film, ale o ile fabuła była faktycznie na swój sposób poważna, to było tu mnóstwo komedii, przy której potrafiłam się uśmiać. Fajny, klimatyczny soundtrack, przyjemne dla oka efekty i bardzo wyraziste postaci, które są kompletnie różne od siebie. Jedynie uniwersum nie jest tu mocno nakreślone i pogłębione, co dla mnie, czyli dla osoby, która nie siedzi w D&D, ale bardzo lubi fantasy, było lekkim zawodem. Ale rozrywka naprawdę przyjemna, na polski dubbing nie narzekam i myślę, że kiedyś jeszcze sobie ten film obejrzę. Nic wybitnego skłaniającego do przemyśleń, jednak za to coś na poprawę humoru w nieprzyjemne, zimne dni. Ocena: 7/10




Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni  (spoilery) to był dla mnie dość zaskakujący film. Nie oglądam namiętnie kina superbohaterskiego,  nie mam połowy ściany wywieszonej w plakatach Marvela, a o samym Shang-Chi nigdy wcześniej nie słyszałam. Zarys fabularny był całkiem interesujący, CGI tolerancyjne dla oka, ale to film do bólu superbohaterski podążający ścieżką superbohaterskich schematów. Postać tak dobra, że nabywanych przez innych latami praktyk walki, częściowo sprzecznych z jego dotychczasowymi umiejętnościami, uczy się w 2 dni. Jego przyjaciółka, która ma wtedy pierwszy raz łuk w ręce, strzela lepiej niż mieszkańcy, uczący się tego od dziecka. Matka pobita na śmierć przez ponad 10 chłopa wyglądała całkiem dobrze, nawet makijaż jej się nie rozmazał.  Natomiast postać siostry została dla mnie mocno zepchnięta na boczny plan. Ale chcę docenić nieforsowania na siłę wątku romantycznego, co jest rzadkim zjawiskiem we współczesnej popkulturze. Niestety te relacje rodzinne zostały potraktowane strasznie powierzchniowo i też dość schematycznie. Więcej chemii miał Shang-Chi ze swoją przyjaciółką. Odebrałam to bardziej jak film dla dzieci bez specjalnie głębokiej fabuły, ale da się go obejrzeć z jakimś stopniem przyjemności.      Ocena: 5/10



No game, No life to anime, które już od dłuższego czasu męczyło moją głowę, ale tylko dlatego, że regularnie myliłam je z innym anime. Kreska dla mnie bardzo ładna, postacie też mnie w większości nie denerwowały, może co najwyżej główny bohater miewał dziwną relację ze swoją siostrą. W ogóle fan service jest tu dość wyraźny. Teraz, pisząc tę opinię, doszłam do wniosku, że postać Shiro (siostry) nie wzbudzała we mnie aż tak dużej sympatii, czego nie poprawiał fakt dziwnych scen z nią, tak jak bycie praktycznie nagą. Nie do końca też podobał mi się kierunek, jaki wybrano dla postaci Stephanie - ot, takie grupowe popychadło. Byłam zadowolona, że nie było to super poważne anime i bardzo podobał mi się pomysł na świat, gdzie nie ma przelewania krwi w walkach tylko (nie)zwykłe gry. To jeden z tych rzadkich przypadków, gdzie zostałam po obejrzeniu zachęcona do przeczytania light novelki (oczywiście w jedynym słusznym tłumaczeniu - angielskim). Mogę dołączyć do klubu memiarzy, którzy narzekają, że słabe anime dostają drugi sezon, a No game, No life nie.  Ocena: 8/10


Grand Blue, sezon 2 to była naprawdę długo wyczekiwana przeze mnie kontynuacja, szczególnie, że nie chciało mi się czytać mangi. Nie rozbawiała mnie może tak bardzo jak sezon 1, ale potrafiłam się głośniej zaśmiać na wielu scenach. Iori i jego grupa męskich przyjaciół to naprawdę wybitna ekipa głupków rozbawiających do łez. Grand Blue to jedno z moich ulubionych "comfort" anime, które i jest lekkie i nie będzie za dużo wymagać od mojej zmęczonej głowy. I chyba nigdy nie miałam do czynienia wcześniej z serią, która aż tak bawiłaby się ekspresją twarzy bohaterów.  Ocena: 7/10




Komentarze