Pierwszą wycieczką, jaką mieliśmy do wyboru w ramach wyjazdu, była wycieczka quadami po pustyni i atrakcje w położonej tam wiosce. Nie byłabym zdziwiona, gdyby to była raczej "wioska" na potrzeby stricte turystyczne, ale nie drążyłam specjalnie tematu. Najpierw była przejażdżka busikiem na miejsce zbiórki, gdzie były też wycieczki z innych hoteli. Tam zakładaliśmy chusty na głowę w konkretny sposób (zasłanianie praktycznie całej twarzy i głowy z wyjątkiem oczu), potem znowu do busika i jazda do punktu docelowego. Wolałam nie analizować zbyt mocno jak szybko jechaliśmy po tych wszystkich wzniesieniach i dziurawych drogach (za szybko), ale cali i zdrowi dotarliśmy najpierw na punkt postojowy.
Było naprawdę ładnie, nawet jak na takie ciężkie warunki. Jedynie z moim lękiem wysokości nie podchodziłam zbyt blisko krawędzi 😂




Dotarliśmy w końcu do "wioski". Quadami mogliśmy jechać parami albo solo, a ja że trochę boidudek, szczególnie, że nigdy quadem nie jeździłam, od razu wpakowałam się za plecy Wybranka. I ruszyliśmy, jedziemy, jedziemy i nie było nawet źle dopóki nie wpadliśmy w kawałek drogi, gdzie tak trzęsło, że mi wytrzęsło organy. Zatrzymaliśmy się na postój i potem powrót, a ja błyskawicznie zaczęłam się źle czuć. Los pokarał mnie wieloma rzeczami, a jedną z nich jest choroba lokomocyjna aktywująca się w konkretnych okolicznościach. Wybranek w drodze powrotnej postanowił jechać wolniej, żeby mną tak nie szarpało, ale okazało się, że to nie tylko nie pomogło, a nawet zaczęłam czuć się coraz gorzej. Uczucie piasku w rękach, trzęsły mi się dłonie i oddychało mi się okropnie. Właściwie dyszałam, a nie oddychałam. Zaczęłam trochę panikować czy zaraz nie dostanę udaru cieplnego i to pewnie też nie pomagało. Jeden z opiekunów tej quadowej wycieczki dojechał do nas i Wybranek mówi, że źle się czuję, a opiekun wtedy zasugerował, żebym ja siedziała z przodu. Zamieniliśmy się, Wybranek dalej dawał radę kierować. I jak mi wiatr powiał po gębie, to od razu poczułam się lepiej. Gdy już dotarliśmy na miejsce, a ja mogłam w końcu usiąść w cieniu, gdzie wypiłam baaardzo dużą ilość wody, to Wybranek powiedział, że z tyłu siedzi się naprawdę tragicznie i też mu się zrobiło gorąco, więc nic dziwnego, że najwyraźniej się przegrzałam. Stresik był, ale szybko doszłam do siebie. 💪 W ogóle ciekawe doświadczenie, że piło się bardzo dużo płynów i nie chciało się do toalety ani przez chwilę.
W międzyczasie była malutka przejażdżka wielbłądami, ale ja jeszcze wracałam do żywych i nie miałam ochoty nawet na 15-minutowe przejażdżki w pełnym słońcu. I wątpię w etyczność tych przejażdżek tak jak w przypadku tych koni przy hotelu. Potem weszliśmy do budynku, gdzie mieliśmy prezentacje produktów - czy to do picia, czy leczniczych, czy kosmetyków. Trochę żałuję, że nie wzięłam takiej ostrej mięty do wdychania, niestety nazwy nie pamiętam, bo nie kojarzę niczego takiego w Polsce, a zatoki trochę dają mi w kość od zeszłego roku. Skusiłam się za to na jakieś mleczko do ciała z podobno wielbłądziego mleka (zapach dla mnie strasznie dziwny, ciężko nazwać go super przyjemnym) i taki... nie wiem, brązowy cukier? Nazywali to ich wersją Red Bulla. Całkiem w porządku napój - można z niego zrobić zarówno coś na ciepło jak i na zimno, chociaż jak piłam go w Egipcie to wydawał się znacznie intensywniejszy. Ale byliśmy spragnieni i było gorąco, więc to też mógłby być powód. Trochę żałuję, że nie kupiłam jeszcze innych rzeczy, ale nie chciałam wydać wszystkich zaskórniaków pierwszego dnia.


Mieliśmy jeszcze mały spacer po okolicy chwilę przed zachodem słońca. Wspinaliśmy się na jedną górę, żeby porobić zdjęcia - ja oczywiście zatrzymałam się w połowie drogi, bo wejść bym weszła, ale z zejściem mógłby być poważny problem. Było mi nawet trochę niekomfortowo, jak siedziałam sobie na kamieniu, zerkając w dół i czekając aż Wybranek wróci z góry.
Potem mieliśmy ciepły posiłek i siedząc na kocach oraz poduszkach, oczekiwaliśmy wieczornego występu na scenie. Pogoda była już wtedy naprawdę znośna.
Mieliśmy towarzystwo koteczków. 💓
I przyszedł czas na występy - oglądanie tego, gdy wokół pustynia znikała w ciemności, naprawdę robiło wrażenie i wprowadzało niepowtarzalny klimat. Szczególnie ta góra za sceną zrobiła się taka złowroga. Mieliśmy okazję oglądać między innymi tańce z ogniem, ale występ, który zapadł mi szczególnie w pamięć, to taniec w pięknym, świecącym stroju, który dynamicznie się zmieniał w trakcie tego tańca i opowiadał historię (pamiętam, że wyłapałam wtedy matkę z dzieckiem). I przede wszystkim tancerz przez CAŁY CZAS kręcił się w kółko spokojnie przez co najmniej dwie minuty. Wrzucam mały fragment na ile blogger pozwala.
Po występach oczywiście powrót do domu. Znowu drżałam o nasze życie, gdzie jechaliśmy w ciemnościach po pustyni jeszcze szybciej niż za dnia w ciasnym busiku wypełnionym ludźmi. Ale dotarliśmy bez szwanku. Quadów może bym nie powtórzyła, ale na występ bym jeszcze raz poszła.
Przypomniało mi się. Jak w Monty Pythonie Żywot Briana, kolesie sprzedawali kamienie na poczatku filmu. Nieważne.
OdpowiedzUsuńMam nadzieje, że się dobrze bawiłaś. Następnym razem więcej fotek proszę.
Niestety jedyne co kojarzę z Monty Pythona, to królika demona. Nie wiem skąd takie wspomnienie :D
UsuńWprawdzie nie miałam super wysokich oczekiwań, ale generalnie nawet dobrze wspominam Egipt, ale na drugi raz na pewno nie jechałabym w czerwcu. :)
Fajnie zapisywać wrażenia. Takie notatki i oczywiście zdjęcia to najlepsza pamiątka z podróży.
OdpowiedzUsuńPrzyjemnego weekendu życzę.🤗
Zdecydowanie zdjęcia robione samodzielnie, a te z internetu dają totalnie inne odczucia. :) A ja już życzę spokojnego tygodnia! :D
UsuńPodziwiam Cię za odwagę, ja nie wiem jak dałabym radę :D Ale faktycznie wycieczka była świetna!
OdpowiedzUsuńŻadna odwaga, po prostu nie byłam sama. :DD Ale fakt, mimo wszystko wspominam miło :)
Usuń