Śmierć babci
Szczerze miałam nadzieję, że kolejny post będzie weselszy - nie jestem fanką pisanych ciągiem nieustannie depresyjnych i politycznych wypowiedzi, ale tym razem nieszczęście dotknęło i moją rodzinę. Moja babcia, która od 2 lat walczyła z rakiem, zmarła.
Jest to dla mnie o tyle "dziwna" sytuacja, że dotąd całe prawie 30-letnie życie miałam cały komplet dziadków, co w moim otoczeniu wydawało się rzadkością i jakoś koncepcja umierania wydawała mi się dalej bardzo odległa. Ale oczywistym jest, że to się zmieni.
Babcia ze swoim rakiem miała sporo nieprzyjemnych przygód - szpiczak złamał jej kręgosłup i pewnego dnia po prostu nie wstała z łóżka. Narzekała na ból pleców już od jakiegoś czasu, ale lekarz tylko przepisywał jej leki przeciwbólowych zamiast wysłać na badania, więc nikt nie miał świadomości jak poważna choroba ją dopadła. Mimo że wszyscy czarno widzieli, że stanie na nogi, udało się. Nie tylko stanęła na nogi - była w stanie schodzić po schodach i pójść na spacer. Oczywiście do momentu, gdy rak nie zaatakował znowu i ostatecznie nie zdążyła wstać z łóżka po raz kolejny, a przerzuty zaatakowały płuca.
W czwartek w szpitalu się z nią żegnałam, a w piątek w pracy dostałam telefon, że zmarła nad ranem. Zmarła w dzień urodzin mojej matki, a swojej córki.
Nie jestem osobą wierzącą i szczerze cała otoczka tylko mnie po raz kolejny utwierdza w przekonaniu, że Boga nie ma, ale mam nadzieję, że babcia trafiła tam gdzie chciała i w co wierzyła.
Muszę jednak z siebie wyrzucić, że uważam, że to dziadek powinien być na jej miejscu. Wcale nie był dla niej wielkim wsparciem ani w chorobie ani nigdy wcześniej. Był zaborczy, przemocowy, izolował ją od rodziny, potrafił swoją żonę wyzywać nawet w chorobie, napsuł krwi nam wszystkim i chyba nie byłoby nawet jednej osoby, której by było przykro jakby umarł. A on ma się fizycznie świetnie, a babcia po ciężkim życiu miała ciężką chorobę i śmierć w szpitalu.
Ubolewam też, że babcia nie zdążyła zobaczyć już naszego nowego mieszkania ani naszego ślubu.
Poniższą piękną książkę babcia dostała jeszcze w tym roku na urodziny.
Ech.... wspołczuję straty. Niestety wiem co to znaczy tracić bliskie osoby. Trzymaj się. Wiem, że to slogan, ale czas faktycznie leczy rany. Nigdy się nie zapomina, ale boli mniej.
OdpowiedzUsuńDziękuję. Racja, po prostu boli mniej, a życie toczy się dalej.
UsuńNie mam pojęcia co napisać... Ehh... Szczerze Ci współczuję, nie tylko straty babci, ale i całej tej sytuacji, naprawdę... :(
OdpowiedzUsuńUściski dla Was :*
Dziękujemy. Obawiam się, że niestety kolejne problemy jeszcze nadejdą, ale rodziny się nie wybiera.
UsuńWspółczuję Ci, to zawsze jest wielki ból, utrata osoby, którą się kochało.
OdpowiedzUsuńMoże to nieładne, ale już dawno doszłam do wniosku, że ludzie dobrzy i kochani umierają przedwcześnie, a s***syny żyją w najlepsze i dobrze im się powodzi.
Dziękuję. I zgadzam się - u mnie ta "zła" część rodziny żyje długo i długo trzyma się dobrze, przynajmniej fizycznie.
Usuń